Mazowsze serce Polski nr 4/18

Jubileusz „Mazowsza”: Bez krochmalu nie ma efektu

2018.04.18 09:30 , aktualizacja: 2018.04.18 11:03

Autor: Karolina Burzyńska, Wprowadzenie: Paweł Burlewicz

  • Grupa tancerek wirująca z rozpostartymi spódnicami widoczna od góry Na potrzeby sceny...
  • Scena zbiorowa, tancerze na ludowo, stroje góralskie Swoimi występami porywali...
  • Sala baletowa, w niej duża grupa tancerek w strojach gimnastycznych Jeśli nie koncert, to...
  • Grupa tancerek w strojach ludowych wirujących z rozpostartymi spódnicami Tancerki zespołu zachwycają...
  • Garderoba pełna strojów. Z tyłu tancerz ubiera się w jeden z nich. Z przodu drugi pudruje się przed kosmetyczką Bez wyjątków. Tu każdy...
  • Dwie pary tańczące w kółko w strojach ludowych By jeden członek mógł...
  • Garderobiana sprawdza oznaczenia wiszących w szafie koszul Często stroje dwóch osób...
  • Pani w stroju ludowym tańcząca z promiennym uśmiechem By wykonywać wyczerpujące...
  • Stół z kartkami pełnymi obrazków strojów, widać rękę osoby malującej Wszystko zaczyna się na...
  • Kilka par idących przez scenę w strojach ludowych Stroje różnią się kolorami,...
  • Tancerka w stroju na stole w przymierzalni, krawcowa zaznacza na jej spódnicy miarę Strój musi mieć odpowiednią...
  • Długa rurka, a na niej wieszaki z kilkunastoma takimi samymi koszulami od stroju ludowego Na koncert zabierają około...
  • Ściana pamięci w siedzibie Portrety założycieli...

Perfekcyjni, piękni, utalentowani – takie komplementy słyszą często artyści zespołu „Mazowsze”. Jednak mało kto wie, że strój łowicki może ważyć nawet 14 kg, koszule są tak wykrochmalone, że aż sztywne, a na zmianę kostiumu podczas koncertu są niespełna 3 minuty. Z okazji 70-lecia słynnego zespołu „Mazowsze” zapraszamy za kulisy.

 

„Kiedy Tadeusz podczas Powstania [Warszawskiego – przyp. red.] powiedział «Daj mi słowo», odpowiedziałam «No dobrze, jeśli przeżyjemy, to pojedziemy na wieś i trochę ci pomogę. Ale najpierw przeżyjmy» – wspominała Mira Zimińska-Sygietyńska w książce „Nie żyłam samotnie”. Przeżyli i ruszyli do pracy. On, kompozytor i aranżer, ona – przedwojenna gwiazda filmowa i artystka kabaretowa. Wspólnie przystąpili do organizowania zespołu ludowego. Formalnie powołano go dekretem wydanym 8 listopada 1948 r. przez Ministerstwo Kultury i Sztuki.

 

– Pierwszy program zakładał dużo numerów śpiewanych – przypomina menedżer „Mazowsza” Krzysztof Kurlej. – Sygietyński dużo komponował. Zmarł w 1955 r. Później ten program, szczególnie pod wpływem impresariów z Zachodu, zmieniano, aby stał się bardziej atrakcyjny dla odbiorcy. W trakcie jednego koncertu pokazujemy ponad 20 regionów z 42 opracowanych. Musimy wybrać z regionu najciekawsze melodie i najlepsze piosenki. Trochę to wszystko stylizujemy, aby uniknąć nudy. Kompozycje są krótkie. Zmieniamy kostiumy i tempa. Jednak kanon koncertu pozostaje ten sam.

 

To nie kapela ludowa

Obecny dyrektor jest związany z zespołem „Mazowsze” od 2012 r. Jest drugim, po Tadeuszu Sygietyńskim, dyrektorem i dyrygentem. – Nie mógłbym być tylko dyrektorem – podkreśla Jacek Boniecki. – Rola dyrygenta gwarantuje zupełnie inne spojrzenie na całą instytucję. Zabrałem się za badanie partytur Sygietyńskiego, aby określić, jaki to miał być zespół. Brakowało zapisanych w partyturze instrumentów: fletu, fagotu, drugiej waltorni. Jawił się zupełnie inny muzyczny obraz, bliżej kapeli ludowej. A to nie jest kapela ludowa, tylko normalna orkiestra. Tak pisał te partytury Sygietyński. Ponaddwukrotnie powiększyliśmy skład. Teraz to zupełnie inne brzmienie.

 

Zespół długo nie mógł występować w Otrębusach.  Pierwszą siedzibą został pałacyk, nazwany na cześć żony pierwszego właściciela Feliksa Bobrowskiego Karolinem. Z początku artyści dzielili przestrzeń z kuracjuszami z sanatorium, którzy słuchali prób wokalnych zespołu na kilku metrach kwadratowych holu. Z czasem powstała drewniana sala baletowa, a kuracjusze się wyprowadzili. Pałacyk w całości przejął na swoje potrzeby zespół. Współczesny, nowoczesny budynek z salą widowiskową, nazwany Matecznikiem, powstał niespełna 10 lat temu, dzięki wsparciu samorządu województwa i środkom unijnym. – Dopiero tworzy swoją historię – przyznają pracownicy.

 

Przed występami wszystko musi być perfekcyjnie przygotowane. Za kulisami nie ma nerwowego tupotu. Nie ma chaosu. Każdemu przydzielono numer do nazwiska, widoczny na nalepce umieszczonej we wnętrzu szafy. Na stolikach w garderobie rozstawione drewniane kosmetyczki. W środku, pod wiekami, lustra. Z boku przy szafie deska do prasowania, aby nie tracić już czasu na schodzenie do pralni. Koszule trzeba prasować przed każdym wyjściem na występ.

 

Krochmal musi być

Przy 130 koncertach rocznie pranie jest koniecznością. Przed pomieszczeniem gospodarczym, w którym stoją wielkie pralki, czuć specyficzny zapach krochmalu. W koszu piętrzy się stos białych koszul. Z tyłu, przy kołnierzyku, cyfry. Nie ma problemu z identyfikacją osób, które noszą je na scenie. – Najwięcej prania mamy w czasie przerwy od koncertowania – mówią panie, które pracują tam od przeszło 20 lat. Z początku pralnia mieściła się w pałacyku, obecnie jest już w nowym budynku. Czyszczone są tu koszule, bielizna, fartuszki czy czepki, z kolei rzeczy do pralni chemicznej zazwyczaj są przekazywane raz w roku pod koniec sezonu. Wiele z tych elementów wymaga krochmalenia starą metodą, aby nie łapały wilgoci czy brudu, a co równie istotne, pozostały sztywne. Dzięki temu doczepiany kołnierz nie opadnie na bluzkę, a rękaw ładniej się układa na scenie. Biorąc tak wykrochmalony materiał do ręki, można pomylić go z… tekturą. Takie ubranie może powodować otarcia, dlatego lepiej zakładać podkoszulkę.

– Trzeba krochmalić – potwierdza Katarzyna Klepacz, garderobiana, która pracuje od czerwca 1959 r. – Inaczej nie ma efektu i robią się, jak ja to mówię, takie flaczki.

 

Pani Katarzyna pierwszy raz przygotowuje serdaki krakowskie, pieczołowicie odtwarzając detale według wzoru. – Wykonanie całości pewnie potrwa około dwóch tygodni – mówi. – Te wszystkie ząbeczki przy stroju trzeba już przyszyć ręcznie. Podobnie jak korale i cekiny. Z wykonaniem haftów jest nieco łatwiej dzięki maszynie. Wszystkie w bardzo żywych kolorach. Ona jednak rozkłada ręce. – Problem jest z materiałami. Zakłady krośnieńskie, łódzkie fabryki, izby rzemieślnicze, które je produkowały, już nie działają. Trzeba sprowadzać z zagranicy – dodaje Katarzyna Klepacz. Stroje są mniej więcej wykonywane pod konkretne osoby, z możliwością przeróbek. Zostawia się zapas materiału. Czasem trzeba szybko się udać do pracowni krawieckiej albo już za kulisami szybko coś poluzować, doszyć albo przepiąć.

 

Cyrklowanie na magicznym stole

W szwalni trwa wymiana podszewki. Reperują kostiumy, tworzą hafty. Kiedy dziewczyny z zespołu stoją na scenie w jednej linii, to wydaje się, że wszystkie są podobnego wzrostu. Do uzyskania takiego efektu potrzebny jest „magiczny stół”, na który wchodzą tancerki. Po wejściu mają przy nodze cyrkiel, czyli drewniany pal z wypisanymi na tabliczkach nazwami regionów. Nazwa cyrkiel ma związek z koniecznością zachowania identycznej długości dookoła spódnicy. Dzięki temu wiadomo, że u pani Zosi spódnica z tego stroju ma się kończyć w tym miejscu, u pani Hani trochę niżej albo wyżej.

 

A co zrobić, aby korale w trakcie tańca nie zrobiły krzywdy? Doszywa się nitki w odpowiednich miejscach do górnej części damskiego stroju, dopiero pod nimi umieszczając korale. Stroje dla tancerzy nie stanowią wiernej kopii oryginalnych strojów ludowych. To bardziej kostiumy sceniczne. Co się sprawdza w życiu, to już niekoniecznie na estradzie. Niektóre stroje w świetle reflektorów nie prezentowały się najlepiej. Wymagały zmian. W regionie łowickim kobieta przeważnie miała jeden na całe życie. Strój damski kończył się na wysokości kolan, natomiast pas, ze względów praktycznych, umieszczano pod biustem. To się sprawdzało, kiedy była w ciąży albo przybyło jej kilka kilogramów, ale już nie w przypadku tancerek na scenie. Z daleka wyglądały tak, jakby nie miały tułowia. Dlatego dodano listwy, zmieniono wysokość pasa, a niektóre kolory podrasowano.

 

Pewne detale, nawet w przypadku jednego regionu, mogą się różnić. Stroje, w których występują artyści są sumą tych wszystkich, które się w danym regionie spotyka. Były choreograf Witold Zapała porównywał na zdjęciach nawet wygląd mankietów. Czarny haft z Hrubieszowa, chociaż świetnie wyglądał na białej koszuli, to już z daleka stawał się niewidoczny. Wymagał powiększenia. 

 

Lepiej nie siadać

Bywa, że wydająca się lekka jak piórko tancerka faktycznie ma na sobie strój ważący 14 kg. Tyle waży strój łowicki. Oczywiście nie wszystkie są takie ciężkie, ale poruszanie się w nich wymaga przygotowania fizycznego. Tancerz przebiera się nawet osiem czy dziesięć razy w ciągu jednego koncertu i ma na to nie więcej niż trzy minuty. Jak zapewnia kierownik pracowni krawieckich i kostiumolog Rafał Orłowski, panowie zwykle dają sobie radę bez dodatkowej pomocy. Na pytanie, kto ma łatwiejsze zadanie – mężczyzna czy kobieta – odpowiada, że zależy od stroju. – Kobieta potrzebuje więcej czasu na przygotowanie, ale jeśli mamy na przykład do założenia strój podhalański, czyli górala, wiązanie kierpców, zakładanie pasa, to już dłużej zejdzie mężczyźnie. W przypadku damskiego stroju żywieckiego dziewczyna sama się nie ubierze. Trzeba się zapiąć. Jest również taki olbrzymi stelaż z drutów, żeby suknia wyglądała dostojnie. Tak ubrana już nie usiądzie.

 

A co z fryzurami? O nich również trzeba pamiętać z wyprzedzeniem. – Później, w zależności od układu choreograficznego czy regionu, są upinane koki. Podstawą są zawsze dwa warkocze. Jeden warkocz jest charakterystyczny dla Śląska. Aby fryzury wyglądały na ładniejsze, włosy się dokłada. – Ale nie sztuczne – zastrzega Rafał Orłowski. – To prawdziwe włosy, tylko doczepiane. Taki komplet warkoczy kosztuje około 2,5 tys. zł – mówi. Właśnie trwa przymiarka pod nowe damskie buty. Ich zakup wiąże się z wydatkiem 1,5 tys. zł za sztukę. Męskie są tańsze. Najdroższym strojem jest cieszyński z racji ręcznie robionej biżuterii. – Wszystko jest posrebrzane i pozłacane. Koszt całego stroju sięga 20 tys. zł.

 

W męskiej kosmetyczce

– Mężczyźni muszą się malować ze względu na padające światło z przodu sceny – opowiada Rafał Orłowski. Bez makijażu ludzkie twarze byłyby po prostu białe. W męskiej kosmetyczce znajdziemy puder, podkład, kredkę do oczu, tusz do rzęs. A jeśli ktoś ma rzadsze włosy, i na to znajdzie się odpowiedni trik – preparat do barwienia skóry. Kosmetyki, z których korzystają w zespole „Mazowsze”, muszą być specjalne. Podobnie jak dla aktorów w teatrze. – Artyści przygotowują się raz przed występem, w przerwie najwyżej coś poprawią – dopowiada.

 

Przechodząc z pomieszczenia do pomieszczenia, trafia się na piętrzące się wielkie kufry. Ewentualnie część kostiumów pakuje się do stojących skrzyń przypominających szafę. Najczęściej rzeczy dwóch osób pakuje się do jednej walizy. Wyjazdem, który szczególnie zapadł wielu osobom w pamięć, było tournée do Stanów Zjednoczonych i Kanady w 1997 r. W tym czasie zmarła Mira Zimińska-Sygietyńska. – A kontrakt jest rzeczą świętą, zresztą pani Mira nigdy by się nie zgodziła na powrót zespołu do kraju – mówi Krzysztof Kurlej.

 

Z kolei kierownik baletu Wioletta Milczuk, która zaczęła pracę w zespole w 1994 r., wspomina: – Nie miałam jeszcze dzieci, ale jechały z nami matki. Nie było tabletów, Skype’a. Tylko jedna karta, aby od czasu do czasu zadzwonić z hotelu. Autokar stawał się drugim domem. Niektórzy Amerykanie komentowali, że sami nie byli w ciągu swojego dotychczasowego życia w tylu miejscach, co my przez te trzy miesiące. Ale głównie to hotel, autokar, teatr. Taki styl życia, do którego trzeba się przyzwyczaić. Bywały stresujące sytuacje. Każdy coś dokupił, walizki się mnożyły. Policja stanowa kazała rozładować autokar. Powiedzieli, że jest za ciężki i „róbcie co chcecie”, więc czekaliśmy na trucka. Ponownie ważyli autobus. Zaskakiwały nas amerykańskie przepisy. W jednym stanie stwierdzili, że mamy za długi autokar. A przecież się go nie utnie.

 

Krzysztof Kurlej z „Mazowszem” pojechał m.in. do Japonii i Chin. – W trakcie pierwszego wyjazdu zespołu do Chin były jeszcze świeże wspomnienia o Mao Tse-tungu. Na koncert większą grupą przybyli polscy marynarze. Po zaśpiewaniu „Furmana” przez Stanisława Jopka zaczęli krzyczeć „mało, mało”. Wszyscy wstali i zaczęli skandować na cześć Mao. W tych wyjazdach do Chin czy Japonii jest egzotyka, ale to USA traktuje się prestiżowo, ze względu na miejsca koncertów. To są sceny, na których na co dzień pokazywane są spektakle broadwayowskie. Publiczność przychodzi, mając gwarancję wysokiego poziomu artystycznego. Nie można pokazać niczego słabszego – komentuje.

 

– Mazowsze na zagraniczne wyjazdy, jak dotąd, nie jeździło w całości – podkreśla obecny dyrektor zespołu Jacek Boniecki. – Staramy się to zmienić. W tym roku chcemy pojechać w 130-osobowym składzie. Po Polsce jeździmy ekipą liczącą 140 osób. Do tego dochodzi ekipa techniczna. W sumie trzy autokary, jeden tir i jedna ciężarówka.

 

Przy pełnym uśmiechu

Wioletta Milczuk miała 19 lat, kiedy wraz z koleżankami z klasy baletowej w szkole w Poznaniu chciały dostać się do zespołu. Twierdzi, że śpiewała średnio. – Kazano nam wykonać przy pełnym uśmiechu „Szła dzieweczka do laseczka”. Zaproszenie na okres próbny dostałam telegramem w Dzień Dziecka. I tak wciągnęło mnie „Mazowsze”, że zostałam na 23 lata. Zakochałam się w pracy, ludziach, miejscu, idei. Jest mi tu dobrze. Poznałam męża w zespole, urodziłam dwójkę dzieci.

 

– Na przesłuchania przyjeżdżało mnóstwo osób – wspomina Krzysztof Kurlej. Pracuje w Mazowszu niemal 25 lat. Najpierw jako tancerz i chórzysta, od 2001 r. jako menedżer. – Dla chłopaka marzącego o karierze dostanie się do zespołu to było coś wielkiego – mówi. Nadal sprawdzane są zdolności wokalne i taneczne, liczą się także aparycja i wzrost. Dyrektor Boniecki sądzi, że ważniejsze są pewne predyspozycje niż wykształcenie. – Przyjść może każdy, ale musi być niesamowicie zdolny. Najstarszy tancerz w zespole ma ponad 50 lat, ale to fenomen. Nie wygląda na swój wiek. Jest w świetnej kondycji fizycznej. Generalnie pracuje się do 45. roku życia.

 

Żadnego tupania

Mira Zimińska-Sygietyńska często pojawiała się na próbach zespołu. Ówczesna dyrektorka przychodziła zwłaszcza wtedy, kiedy w sali było dużo nowych osób. – Próbowała pewne zachowania sceniczne wytłumaczyć – wspomina Kurlej. – Nie znosiła wszelkiego tupania. Mówiła, że scena to nie klepisko. A panowie energię w tańcu często wyrażają jakimś mocniejszym przytupem.

 

W części rekreacyjnej w Mateczniku mieszczą się sauna i siłownia. – Trzeba dbać o siebie poprzez diety, treningi. Mamy listę artykułów zakazanych – śmieje się Kurlej. – Nikt tu nie wejdzie na scenę prosto z autobusu. Trzeba się rozćwiczyć i rozśpiewać przed każdym koncertem. Zdarzają się oczywiście jakieś skręcenia, dlatego mamy swojego fizjoterapeutę, który z nami jeździ. Artyści „Mazowsza” wzajemnie znają swoje repertuary. Wstawienie kogoś w zastępstwie nie stanowi problemu. Czasem trzeba zrobić szybkie zastępstwo, ale widz tego nie dostrzeże.

 

 „Mazowsze” to jedna wielka rodzina. Kurlej zapewnia: – Dzieci z zespołowych małżeństw nie mówiły inaczej do pracowników „Mazowsza”, jak ciociu i wujku. W tej chwili w chórze pracuje jeden chłopiec, który jest synem pary mazowszańskich tancerzy. Występowałem na scenie z jego rodzicami.

 

Siła tego zespołu

Po śmierci Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej nie było łatwo. – Zabrakło jej sposobu myślenia, prowadzenia zespołu – twierdzi Jacek Boniecki. – Warto o „Mazowsze” walczyć. Siłą tego zespołu jest jego odbiór, a to chyba najważniejsze. Pracowałem w różnych miejscach, ale tu przeżyłem to, co się nigdy wcześniej nie zdarzało. Ludzie wciąż traktują „Mazowsze” jak coś, co wyrasta poza przeciętną instytucję kultury.

 

Maestro podkreśla, że nigdy nie narzekano na brak frekwencji na występach. – Mamy nawrót do ludowości. Nieprawdą jest, że tylko starsze pokolenie należy do odbiorców „Mazowsza”. Młodzi przychodzą. Podwoiliśmy koncerty edukacyjne. Tylko trzeba o tej kulturze ludowej opowiedzieć we współczesny sposób. Pamiętajmy jednak, że to stylizacja folkloru. Jego adaptacja na potrzeby sceny, podana w przystępnej formie. Postanowiliśmy dodać do tego podstawowego programu trochę teatru. Pod koniec roku pokażemy „Mazowsze” w nieco innej odsłonie, bardziej teatralnej, z dodatkiem multimediów.

 

W tym roku mija 70 lat od powstania zespołu. Jubileusz splata się ze 100-leciem Niepodległej i 20-leciem istnienia samorządu województwa. Po raz pierwszy w repertuarze znalazły się pieśni patriotyczne. – W tej chwili nagrywamy te pieśni na płytę, dzięki finansowemu wsparciu samorządu województwa – zdradza dyrektor Boniecki. Płyta zapewne ukaże się w maju. Cykl koncertów zatytułowano „Mazowsze Niepodległej”. – Występów mamy coraz więcej, w tym poza granicami Polski. W planach są wyjazdy do USA, Kanady, Wilna, Niemiec, na jeden koncert do Brukseli. Wydaje mi się, że „Mazowsze” wraca na właściwe tory – podsumowuje Boniecki.

Liczba wyświetleń: 1500

powrót