Mazowsze serce Polski nr 3/19

Działam jak saper

2019.03.18 08:40 , aktualizacja: 2019.04.03 14:23

Autor: Rozmawiała Monika Gontarczyk, Wprowadzenie: Monika Gontarczyk

postać z założonymi rękami w garniturze na lewej ręce ma zegarek - kadr półpełny Andrzej Skolimowski wójt...

Jest jednym z dziewięciu mazowieckich włodarzy (na 314 gmin), którzy swoją funkcję pełnią już ósmą kadencję. Co go najbardziej zaskoczyło, a co było największym wyzwaniem? O to zapytałam Andrzeja Skolimowskiego, wójta gminy Przesmyki w powiecie siedleckim.

 


Andrzej Skolimowski

Od 33 lat urzędnik, z czego 29 lat jako wójt gminy Przesmyki. Żartuje, że wójtem jest od urodzenia… samorządności w Polsce. Pracoholik. Zagorzały kibic piłki nożnej i skoków narciarskich. W wolnych chwilach, będąc myśliwym, chodzi do lasu, ale nie zawsze ze strzelbą.


 

Monika Gontarczyk:  Co Pana skłoniło, by zostać samorządowcem?

Andrzej Skolimowski: Zanim zostałem wójtem, byłem inspektorem ds. planowania. Dzięki temu poznałem potrzeby mieszkańców i pomyślałem, że mógłbym pomóc wprowadzić zmiany, których oczekują. W pierwszej kolejności chciałem założyć w gminie wodociągi, bo jak prowadzić produkcję roślinną czy zwierzęcą, jak nie ma wody? To był mój pierwszy zrealizowany cel.

 

M.G.: Z perspektywy przepracowanych lat, kiedy było łatwiej rządzić?

A.S.:  To zależy, co weźmiemy pod uwagę. W latach 90. wszyscy chętnie garnęli się do zmian. Chcieli unowocześniać, ulepszać, ale nie było pieniędzy. Jak były pomysły, to brakowało technologii. Najpierw brakowało telefonów, a na przełomie wieków – Internetu. Po 2004 r., po wejściu do UE, mierzyliśmy się z nowym podejściem do administracji. Ale najtrudniej było w latach 2002–2003. Mieliśmy wówczas ogromny problem z zagospodarowaniem ścieków. Baliśmy się, że nieczystości popłyną rowami. To było moje największe wyzwanie.

 

M.G.:  Dlaczego?

A.S.: Nasze wyliczenia wskazywały, że nie stać nas na kanalizację zbiorczą – mała gęstość zaludnienia – 34 osoby/km2. To się nie kalkulowało. Wiedząc, że wybudowaliśmy 100 km sieci wodociągowej i 40 km przyłączy, pytaliśmy retorycznie – kto da nam pieniądze?

 

M.G.: I co Pan zrobił?

A.S.: Podglądałem zachodnie rozwiązania i okazało się, że wyjściem są oczyszczalnie przydomowe. Postawiliśmy na nie, stając się jednocześnie prekursorem nie tylko w Polsce, ale w krajach wschodniej Unii. Nasz program został przetłumaczony na kilka języków. Korzystały z niego kraje, które razem z Polską weszły do Wspólnoty. Jak ruszyły prace przy budowie, to przyjeżdżały do nas delegacje. Wyjaśnialiśmy, że to są takie same bioreaktory, jak w miejskich oczyszczalniach, tylko mniejsze.

 

M.G.: Nie wierzyli, że to działa?

A.S.: Wtedy mówiło się tylko o kanalizacji zbiorczej grawitacyjnej lub podciśnieniowej, a ja zaproponowałem oczyszczalnie indywidualne. To był szok. Niektóre instytucje krajowe nas krytykowały, ale pomógł nam Uniwersytet Warszawski. Przeanalizowano nasze „studium wykonalności” i okazało się, że jest to idealne rozwiązanie na obszary wiejskie rozproszone. Ta ocena dodała nam skrzydeł! Wiedziałem, że idę w dobrym kierunku. To była moja najważniejsza decyzja życia samorządowego.

 

M.G.: A inne projekty?

A.S.: Budowa sieci internetowej –to też duże wyzwanie. Byliśmy wykluczeni cyfrowo. Praca na modemie to był koszmar. Mała prędkość, zrywane połączenia… Jak w takich warunkach prowadzić zajęcia informatyczne czy obsługiwać interesantów w gminie? Pisałem do Telekomunikacji Polskiej i innych instytucji, ale odpowiedź zawsze była ta sama „inwestycja nieuzasadniona ekonomicznie”. Ja to rozumiałem. Nie jesteśmy blokowiskiem, ale ludzie na wsi też chcą żyć i mieć dostęp do świata.

 

M.G.: Jak Pan z tego wybrnął?

A.S.: Napisałem wniosek o środki unijne ze ZPORR-u na realizację projektu na zasadzie „zaprojektuj i wybuduj”.

 

M.G.: I znów się udało?

A.S.: Tak. Powstał system, który doskonale się wpasował w tereny wiejskie, bo jest odporny na naturalne przeszkody. Zasięgiem objął 115 km. Każdy sołtys miał dostęp do Internetu, a każdy mieszkaniec mógł przyjść i z niego korzystać. To był taki publiczny punkt dostępu. Można mi wierzyć lub nie, ale to było takie samo rozwiązanie, z jakiego korzystali żołnierze NATO w Iraku, w czasie akcji „Pustynna burza”. System WiMAX, oparty o koncesjonowane częstotliwości 3,5 GHz, które musieliśmy wydzierżawić z Urzędu Komunikacji Elektronicznej, kosztował nas blisko 600 tys. zł.

 

M.G.: Dzięki tym projektom jesteście w czołówce rankingów?

A.S.: Gmina zrealizowała ponad 40 projektów twardych i miękkich. W kategorii gmin wiejskich, albo w przeliczeniu na mieszkańca, zawsze byliśmy w czołówce. Na Mazowszu pierwsi lub drudzy, w kraju – szósta, siódma pozycja. Jeżeli są dobre pomysły, to dziś nie ma problemu z pozyskaniem pieniędzy. To oczywiście wymaga czasu i cierpliwości, bo procedury są długie, ale jak widać – do przejścia.

 

M.G.: A plany na obecną kadencję?

A.S.: Chcę rozbudować infrastrukturę medyczną pod kątem osób starszych, których przybywa w naszym społeczeństwie. Dokończyć przebudowę i utwardzenie dróg (zostało jakieś 10 proc.) No i zamierzamy kontynuować projekty OZE, ale to już będzie przyjemność.

 

M.G.: Jak to?

A.S.: Nikogo już nie muszę przekonywać o ich zasadności. Argumentów nie brakuje. Zmniejszenie emisyjności zanieczyszczeń, obniżenie kosztów funkcjonowania gospodarstw. Ludzie sami się zgłaszają. Ci, którzy korzystają z solarów, teraz chcą mieć też ogniwa fotowoltaiczne. Mamy już doświadczenie. Pierwszy projekt pozwolił na wytwarzanie 2 MW energii rocznie, czyli zaoszczędziliśmy 1357 ton paliwa stałego. Projekt, którego byliśmy liderem, objął 1400 gospodarstw w czterech gminach. Nowy, obejmie 1100 gospodarstw i też pozwoli wytworzyć podobną ilość energii rocznie. Wkład finansowy mieszkańców w pierwszym projekcie zwrócił się po 1,5–2 latach.

 

M.G.: Nienormowany czas pracy i to przez tyle lat… Stawał Pan przed dylematem „praca czy dom”?

A.S.: Dzieci urosły, nie wiem kiedy (śmiech). Były małe, gdy zostałem wójtem. Teraz są dorosłe, mają własne rodziny, ale kontakt mamy cały czas bardzo dobry. Niestety praca wójta wymaga więcej niż 8 godzin na dobę. Często, zwłaszcza wiosną, gdy organizowałem zebrania, w niedzielę po śniadaniu wychodziłem z domu. Wtedy dzieciaki pytały: „Tato, a ty znowu jedziesz?”. Czy miały mi to za złe? Nigdy wprost nie powiedziały, ale pewnie trochę tak… Na szczęście żona przejmowała stery i jakoś to przetrwaliśmy.

 

M.G.: To recepta na „długowieczność” samorządową?

A.S.: Żeby przetrwać, trzeba mieć oparcie w rodzinie i zespół fachowców. Mam takich ludzi wokół siebie, dlatego nie boję się wyzwań. Trzeba też się spotykać z mieszkańcami, słuchać ich, ale przede wszystkim umieć wybrać, co w danym momencie jest im potrzebne. Każdy czas ma swoje priorytety. Wójt działa jak saper, jeśli się pomyli, to tylko raz – w kolejnych wyborach przegra. Skoro jestem, to chyba się jeszcze nie pomyliłem (śmiech). To jest dla mnie i duże zaskoczenie, i największa pochwała.

 

Liczba wyświetleń: 256

powrót